Nie wiesz kto czai się pod łóżkiem

4 maja 2015

Ranek, ulica Bujwida, Oddział Hematologii i Onkologii Dziecięcej, tak często widziany w różnych wiadomościach w tle. Miejsce nie budzi negatywnych emocji. To placówka stara, ale widać, że przeznaczona dla dzieci. Z każdej ściany spoglądają na nas dziecięce obrazki. Ja siedzę spokojnie na metalowym krześle z lat 80, mąż ze śpiącym Borysem na rękach jakieś dwa metry dalej. Pomiędzy nami pan w średnim wieku jakby znużony i zrezygnowany, przesuwa kciukiem po ekranie swojego telefonu. Ten mój spokój to tylko przykrywka dla zalewających mnie nerwów i strachu. Tak! Boję się jak dziecko, które nie wystawia stopy poza łóżko, bo czuje strach, że potwór może go pod nie wciągnąć. Kulę się w sobie, nie ruszam, czekam. Mijają minuty, kwadranse, nic się nie zmienia. Nasz sąsiad jedynie wzdycha od czasu do czasu. Poza tym cisza, która powoduje ból uszu. Patrzę na to malutkie dziecko i zastanawiam co tutaj robimy? Jedynie jego bladość przypomina, że to te fatalne wyniki badań krwi. Łącze te wszystkie strzępki różnych wypowiedzi pielęgniarek   i lekarzy. Gdzieś w środku słyszę te słowa: „Pani syn ma takie wyniki jak nasze dzieci, te białaczkowe”. Czuję potworne kłucie w klatce piersiowej! Tak bardzo nie chcę być częścią tego świata! Nie wyobrażam sobie, że będę musiała walczyć i zmierzyć się z czymś takim, śmiertelnym, unicestwiającym. Na oddziale wszystko płynie według swojego rytmu. Dzieci grają na tabletach, mamy biegają z nocnikami, inne maluchy idą na chemię tak jak kupuje się soczki w sklepiku. Wszyscy przywykli już do tej sytuacji. Choroba stała się częścią ich życia, bez zbędnej martyrologii, użalania, stała się walką o zdrowe dziecko. Ja w tym momencie nie czuję się gotowa na tego typu zmagania. Jestem za słaba, chcę uciec do domu. Nie sama, ale z tym małym czortem, którego jeszcze parę tygodni temu rozsadzała energia, a teraz jest tak bardzo słaby. Czekamy dalej.Z gabinetu wychodzi dziewczynka z łysą główką, słania się na nogach, podtrzymuje ją mama. Nasz sąsiad zrywa się nagle i pomaga żonie prowadzić córeczkę. Z oddali słyszę, że będą przetaczali jej krew. Nasza Pani doktor wychodzi i pędzi gdzieś przed siebie. Nie mamy wyjścia ,siedzimy dalej. Boryś spokojnie śpi. Tak bardzo chcę, żeby był zdrowy! Oby to nie choroba nowotworowa, oby nie rak! Powtarzam sobie, że jak tylko stąd wyjdziemy i okaże się, że to nic aż tak poważnego ,to będę płakać jak dziecko. W miedzyczasie wraca lekarka i prosi nas do środka. Idę, choć wydaje mi się, że stoję w miejscu. Słyszę tylko głos mojego męża:”Proszę nam powiedzieć, że to nie białaczka”! Chwila ciszy i pada odpowiedź:” Nie, to hemoliza”. Wychodzimy na zewnątrz. Borys półprzytomny, ja próbuję oddychać, ale coś dławi i dusi mnie za gardło. Próbuję płakać, ale nie potrafię. W milczeniu jedziemy do domu. Wieczorem czytając posta wspaniałej dziewczyny, kobiety, mamy, którą miałam okazję poznać na pewnym spotkaniu blogerskim  czuję, że rozpadam się na atomy. U jej córki została zdiagnozowana białaczka. Siedzę w ciemnym pokoju i szlocham płaczem nie do opanowania. Nie potrafię  wyjaśnić dlaczego. W nocy mam sen, że trzymam mojego syna za rękę, jest rumiany i szczęśliwy, słońce ogrzewa mi twarz. Czuję się bezpiecznie, odruchowo chowam stopę, która zwisa z łóżka. Przecież nigdy nie wiadomo kto czai się pod łóżkiem.

DSC_8779_Fotor

You Might Also Like

10 komentarzy

  • Reply Magda Szczesliva 4 maja 2015 at 5:04 pm

    Zobaczysz. Wszystko będzie dobrze. Bądź dobrej myśli. Ja jestem! Ściskam!

    • BOBOBEBE
      Reply BOBOBEBE 4 maja 2015 at 8:36 pm

      dziekuję kochana:* musi być dobrze, nie ma innej możliwości

  • Reply Matko Zabawko 4 maja 2015 at 5:35 pm

    To smutne, że te maluchy muszą chorować i zmagać się z takimi paskudztwami 🙁 nie tak powinno być!
    Wyć mi się chce…

    • BOBOBEBE
      Reply BOBOBEBE 4 maja 2015 at 8:40 pm

      ja długo nie mogłam dojść do siebie po tych 2 dniach spędzonych na tym oddziale, ciągle mam przed oczami te małe dzieci, które miesiącami, latami mieszkają w szpitalu, właściwie nie znają innego świata. Jestem pełna podziwu dla ich rodziców, którzy tworzą w takich warunkach namiastkę domu

  • Reply Surrealistka 4 maja 2015 at 9:54 pm

    To musiał być koszmar…
    Nasza trójka też przeszła ostatnio wiele w temacie zdrowia naszego K. i ja nadal czuję się jak te atomy, o których piszesz. Doskonale Cię rozumiem. Trzymam kciuki za zdrowie Waszego synka.

    • BOBOBEBE
      Reply BOBOBEBE 6 maja 2015 at 8:33 am

      dzięki Grażyna, mam nadzieję, że Kosta czuje się lepiej:*

  • Reply DŁUGASEK 4 maja 2015 at 10:11 pm

    Mnie wizyty w gliwickiej onkologii nauczyły wielkiej pokory . Tam odkryłam jaką jestem szczęściarą. Najtrudniejszy dla mnie był widok tych malutkich dzieciątek, ich małych delikatnych ciałek, mało ruchliwych, bladziutkich – serce mi pękało, choć to nie było moje dziecko. Nawet nie umiem sobie wyobrazić co czują rodzice stając w obliczu tak groźnych chorób.
    Dziękuję za wszystko co mam każdego dnia, wdzięczna jestem, że urodziłam się w tak wspaniałej rodzinie, wyjątkowym kraju, pięknych czasach, mam wspaniałego męża, syna z którego jestem dumna, wyjątkową pracę, która daje olbrzymią satysfakcję, otaczają mnie wyjątkowi ludzie.
    KOCHAM LUDZ i ŻYCIE.

    • BOBOBEBE
      Reply BOBOBEBE 6 maja 2015 at 8:38 am

      piękna postawa Ewa:) też miałam okazję być na gliwickiej onkologii i widzieć paro letnie, bladziutkie dzieci chorujące na raka tarczycy. Byłam wtedy studentką i mój odbiór był inny niż teraz, gdy jestem mamą… w trakcie naszego pobytu na Bujwida nigdy nie czułam takiej niemocy. Po takich przeżyciach człowiek zaczyna wszystko inaczej postrzegać

  • Reply Kusterkowa 4 maja 2015 at 11:39 pm

    Nawet nie wyobrażam sobie co czułaś. Kiedyś byłam wolontariuszką / praktykantką studentką psychologii na oddziale onkologii dziecięcej i miałam możliwość doznania tej atmosfery od środka. Zobaczenia, jak wygląda życie zarówno dzieci, jak i rodziców. Pod maską uśmiechów i serdeczności kryła się panika, przerażenie i nadzieja, że to właśnie oni w tym tygodniu wyjdą do domu. Bardzo przeżyłam ten okres..

    • BOBOBEBE
      Reply BOBOBEBE 6 maja 2015 at 8:42 am

      podziwiam wszystkich wolontariuszy, którzy odwiedzają hospicja i tego typu oddziały. Ja chyba nie byłabym w stanie patrzeć na tyle cierpienia

    Leave a Reply