Rodzić po ludzku w polskim wydaniu

12 listopada 2015

Tak wiele się teraz mówi i pisze nt tego jak ważna jest atmosfera podczas porodu, zarówno dla mamy jak i malucha, dla którego właśnie te chwile pierwszego kontaktu z nowym domem mają mieć olbrzymie znaczenie. Czytamy w gazetach o porodach w wodzie, medytacjach, roli oddechu i wsparcia ze strony położnej. Niestety, w naszej rzeczywistości poród to często walka z systemem, samą sobą i innymi czynnikami, na które w ogóle nie mamy wpływu.

Pierwsze zetkniecie z białym kitlem, miejsce izba przyjęć. Ja zdenerwowana, przejęta! W końcu zaczyna się etap, o którym nie mam pojęcia, nigdy wcześniej  go nie przeżyłam i nie wiem czego mogę się spodziewać. Lekarz, który mnie bada jest niewiele starszy ode mnie. Jest to jedno z bardziej nieprzyjemnych badań ginekologicznych ( nie będę wgłębiać się w szczegóły), staram się zachować spokój, nic nie mówię, nie narzekam, ale lekarz dostrzega moja minę i rzecze: „Coś się Pani nie podoba? Zaraz to się dopiero zacznie.” Oto Polska właśnie! Ku pokrzepieniu serca rodzącej po raz pierwszy matce.

Drugie zetknięcie, sala porodowa, rzeźnia nr 5. Pomimo tego, że zapłaciliśmy za poród rodzinny, który miał się odbywać w specjalnie przystosowanym pokoju, zostajemy skierowani do głównej sali porodowej. Niestety dwa pokoje do porodów rodzinnych są właśnie zajęte przez inne rodzące. „Kwatera główna”,  w której za chwilę na świat mają przyjść upragnione maluchy napawa mnie strachem. Pierwsze skojarzenie to „rzeźnia” – wszędzie kafelki, łózko obok łóżka, praktycznie niczym nie oddzielone. W myślach zastanawiam się czy jest to celowe, by kobiety bardziej zmotywować do szybszego rodzenia? Trudno powiedzieć. W tamtej chwili wiem jedno, za wszelka cenę nie chcę tam urodzić, modlę się oto by sale rodzinne szybko się zwolniły. Po około 2 godzinach udaje się, uff.

Awaria wody. Gdy ból staje się nie do zniesienia, położna namawia mnie do wzięcia prysznica. Tak też robię.  Po chwili orientuję się, że leci jedynie zimna woda. Jak się okazuje w szpitalu jest awaria, nie wiadomo jak długo potrwa.

Anestezjolog, znieczulenie: Gdy błagam o znieczulenie zjawia się mój Anioł, który ma mi ulżyć w bólu.  Wkłuwa się w kręgosłup, niestety pod złym kątem, przerywa naczynie krwionośne. Nie może dalej kontynuować,    zaczynam rozumieć, że będę  musiała się  zmierzyć z tym wszystkim bez środków przeciwbólowych. Walczę dalej.

Trzeba być twardym.  Leżąc pod KTG, w pozycji, która totalnie nie sprzyja rodzeniu powtarzam sobie, że trzeba być twardym. Zostawiona przez położną,  która praktycznie przez cały poród przebywa w kantorku, (zapewne odpoczywając i plotkując z Panią doktor),  wytrzymuję tak około pół godziny. W końcu ściągam pasy KTG i uciekam do łazienki.

Thriller łazienkowy: stojąc w łazience, w której nie ma ani kropli ciepłej wody, postanawiam urodzić sama, na stojąco, bez położnej, która i tak nie pomogła mi w żadnej kwestii. Mąż w stanie przedzawałowym dobija się do drzwi. W końcu otwieram. Jakimś cudem przychodzi też położna. 10 cm rozwarcia mówi. Później wszystko przebiega gładko. Po 10 minutach Borys jest na świecie.

Tak właśnie wygląda historia mojego porodu. Dopiero teraz, prawie po 4 latach jestem  w stanie ją spisać. Choć potrafię ja opowiadać na różne sposoby: komediowy, straszny, bardziej lub mniej przerażający, to konkluzja jest jedna: Ludzka twarz rodzenia w polskiej rzeczywistości to często fikcja, zależna od humoru pań położnych, kompetencji i podejścia lekarzy, ewentualnych awarii. Jestem bardzo ciekawa czy coś się zmieniło przez te 4 lata? Karmię się nadzieją, że tak.  A jak w waszych szpitalach wygadają porody: ludzka twarz, czy tez niekoniecznie?

296388_282289901784110_365008563_n

You Might Also Like

11 komentarzy

  • Reply Sylwia 12 listopada 2015 at 1:29 pm

    Porodu bałam się jak mało kto! Naprawdę gdy tylko o nim myślałam wpadałam w panikę i chwilowy bezdech. Gdy w końcu się zaczęły skurcze (ok 17) postanowiłam że wytrwam z nimi w domu tak długo jak tylko się da. Po kilkunastu godzinach, gdy te pojawiały się już co 2 minuty i trwały prawie tyle samo zapakowaliśmy się z mężem do auta i pojechaliśmy na izbę przyjęć. Tam po mało delikatnym badaniu (to był koszmar!) pani doktor stwierdziła że symuluję. Że moje łzy, że udawane skurcze to ona widziała już tyle razy w życiu że nie robią na niej wrażenia. Wróciliśmy do domu. Było ok 1 w nocy. Byłam upokorzona, zmęczona i czułam że nie dam dalej rady. Co 2 minuty podnosiłam się z łóżka i chodziłam w okół kanapy, bo to przynosiło mi ulgę, gdy skurcza mijał kładłam się, spałam minutę i znów wstawałam. Ok 8 rano już mi było wszystko obojętne. Mąż nalał mi wody do wanny bo bardzo nalegałam. Położyłam się i powiedziałam że stąd nie wyjdę. Zaczęłam krwawić. Wtedy mąż się wystraszył i zadzwonił po karetkę. Gdy trafiłam do szpitala miałam prawie 10 cm rozwarcia i zaczynały mi się skurcze parte… Po wszystkim zaczęło się od dużej dawki żelaza – dożylnie, a skończyło na przetaczaniu krwi. Jedyne szczęścia które mnie spotkały przy tym porodzie to sala do porodów rodzinnych, przemiła położna która wiedziała jak zmotywować wymęczoną do cna kobietę aby parła, aby jeszcze trochę z siebie dała, która w porę podała glukozę i pomogła przetrwać najważniejszy etap porodu.

    Do drugiego porodu podeszłam już dojrzale. Wiedziałam co kiedy robić, co mi przyniesie ulgę i co przyspieszy poród. Na skurczach robiłam przysiad i na kucaka skupiałam się na tym aby oddychać, gdy skurcz mijał kręciłam ósemki biodrami. Hanka na świecie pojawiła się po 3 godzinach od pierwszego skurczu. A ja z uśmiechem na twarzy, w towarzystwie przemiłej i ciepłej położnej, męża który tym razem był bardziej zrelaksowany i nie czuł zagrożenia o nasze życie urodziłam – tak po prostu, wydawałoby się naturalnie. Tylko dlatego że pozwolono mi stać na własnych nogach, nie przykuto mnie do łóżka i dodawano otuchy. Tylko dlatego że położna przychodziła poklepała po ramieniu i powiedziała że świetnie sobie radzę. 😉

    Teraz przede mną poród numer trzy! I wiesz… już się nie boję! Wierzę w siebie, w swoje siły… Ciężko tylko uwierzyć w ludzi, którzy będą „pomagać”.

    • BOBOBEBE
      Reply BOBOBEBE 15 listopada 2015 at 10:07 am

      Sylwuś ja właśnie żyję tą nadzieja, że drugi poród będzie lżejszy. Choć nie ukrywam, że też bardzo się boję, im bliżej tym bardziej zaczynam panikować. Przy Borysie do szpitala jechałam bez strachu, bo nie wiedziałam co mnie czeka. Teraz jest zupełnie inaczej

  • Reply bee 12 listopada 2015 at 3:51 pm

    Przy drugim dziecku jest latwiej bo nie jestes tak oglupiala jak przy pierwszym, dasz rade im nawciskac troche obelg w razie czego 🙂
    Trzymam kciukasy!

    • BOBOBEBE
      Reply BOBOBEBE 15 listopada 2015 at 10:09 am

      dzięki kochana:) mam nadzieję, że drugi poród będzie choć odrobinę szybszy i bez tego strasznego leżenia pod KTG:)

  • Reply Martyna i Paulina Kwiatkowskie 12 listopada 2015 at 9:46 pm

    Powiedzieć, że to masakra, to za mało. Trzymamy kciuki, oby tym razem wszystko przebiegło w lepszej atmosferze i warunkach.

    • BOBOBEBE
      Reply BOBOBEBE 15 listopada 2015 at 10:07 am

      dzieki dziewczyny:*

  • Reply Mordoklejka Ewelina 13 listopada 2015 at 12:02 am

    Obydwie moje historie znasz. Poród w Polsce – masakra. Poród w Anglii – cudowny. Mam w końcu piękne wspomnienia z porodu. I Tobię życzę tego samego 🙂

    • BOBOBEBE
      Reply BOBOBEBE 15 listopada 2015 at 10:08 am

      dziękuję Ewelina, mam nadzieję, że tym razem bedzie inaczej

  • Reply Ola 16 listopada 2015 at 1:59 pm

    Ja Majkę rodziłam w Gdyni Redłowie, moja historia jest zdecydowanie bardzo podobna do Twojej… U nas było jeszcze o tyle gorzej, że wcześniej byłam na patologii ciąży, bo już była przenoszona. Porodu stwierdzili, że nie będą wywoływać, choć zaczynał się prawie 43 tyg… Po usg kiedy okazało się, że jest już bardzo mało wód, też nie było to dla nich argumentem żeby ciążę wywołać. Dopiero kiedy zaczęło znikać tempo maleńkiej, kiedy mój lekarz zaczął do nich wydzwaniać (niestety nieszpitalny) i poruszył swoje kontakty z ordynatorem, nagle łaskawie okazało się, że czas przerwać ciążę… Dlatego kiedy zaszłam drugi raz w ciążę, nawet sekundy się nie wahaliśmy i wykupiliśmy poród w prywatnym szpitalu. A tam… Zupełnie inna bajka. Nagle okazuje się, że lekarze i położne mogą Cię szanować, że każdy próbuje Ci ulżyć i pomóc, a poród może być magicznym doświadczeniem… Ech… Pozdrawiam ciepło.

    • BOBOBEBE
      Reply BOBOBEBE 20 listopada 2015 at 2:49 pm

      coś strasznego, niesamowite jest to jak często naraża się na aż takie niebezpieczeństwo maleństwa:( u nas poród w prywatnym szpitalu kosztuje ponad 10 tys

  • Reply greeneyekitty22 17 listopada 2015 at 12:51 pm

    Coś strasznego… ja tam pierwszego „prawie porodu”/skończyło się cesarką/ az tak strasznie nie wspominam, mało pamietam, wiem, że miałam miłą, młoda połozną, którą mówiła do mnie Sylwuniu, choc pierwszy raz ją widziałam, nie są to miłe chwile…gorzej było już po porodzie – położne traktowały nas jak zwierzynę, śmiejąc się z naszego bólu i nieporadności….szkoda, ze tak jest, przykro mi, ze tak strasznie to przeżyłaś.

  • Leave a Reply